wtorek, 08 grudnia 2009
Szpitalne opowieści...

Długo mnie nie było. Musiałam sobie poradzić z poważnym problemem. Mój fioł związany z regularnym robieniem wszelkiego rodzaju badań kontrolnych oraz konsultowaniem z innymi specjalistami decyzji niektórych lekarzy okazał się zbawienny. Zaczęło się wszystko w zeszłym roku. Pisałam wtedy, że znaleziono u mnie mięśniaka. We wrześniu udałam się na kontrolę do ginekologa. Raz, że miałam zalecenie ze szpitala. Dwa – od jakiegoś czasu znowu pojawiły się sine bóle podbrzusza. Mój lekarz stwierdziła, że nie ma sensu wykonywać USG, bo mięśniak był niewielki, a bóle to normalne u kobiet.

Wkurzyłam się i zapisałam na wizytę do mojej koleżanki jeszcze z czasów harcerstwa. Ona skierowała mnie na badania. Udałam się do szpitala na Karowej do tzw. Kliniki Jednego Dnia. Zrobiono mi m.in. USG i lekarka znalazła w prawym jajniku guza litego. Ta informacja zwaliła mnie prawie z nóg. Na szczęście spotkałam się z N., a ta wyjaśniła mi, że są różne rodzaje guzów i dopóki nie będę miała badania histopatologicznego wycinka to nie ma się co martwić. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Na szczęście był wolny termin i zapisano mnie na laparoskopię. Przez dwa tygodnie chodziłam jak struta. Przez cały czas powtarzałam sobie, że wszystko będzie dobrze. Gdybym miała dzieci, pewnie bym się tak nie przejmowała. Ale nie mam…

W przychodni wyjaśniono mi pokrótce co to jest laparoskopia, szkoda że nie powiedziano mi jak się do niej przygotować. Niestety...

16 listopada rano Małżowinek zawiózł mnie do szpitala. Na przyjęcie czekałam z pół godziny. Po wypełnieniu karty przyjęć odesłałam M. do domu. Przebrałam się w szatni i zaprowadzono mnie na oddział. Trafiłam na mikrochirurgię. Na „dzień dobry” zobaczyłam mojego starego znajomego (też z czasów harcerskich). Pogadaliśmy chwilę. Tak, jak N. też jest ginekologiem i pracuje na Karowej. Miło w takiej sytuacji zobaczyć kogoś znajomego. Od razu cieplej się robi na duszy. W ciągu następnych kilku godzin zrobiono mi jeszcze raz USG, wywiad lekarski. Spotkałam się też z anestezjologiem i z prof. Roszkowskim, który mnie operował. To spotkanie najbardziej przeżyłam. Musiałam podpisać papierek, niby nic - zwykły podpis, ale… Musiałam wyrazić zgodę na operację oraz na ewentualne usunięcie prawego jajnika (to ta lepsza wersja) lub na usunięcie wszystkiego (to ta gorsza). Zimno mi się zrobiło. Ostatecznie zdecydowała, że gdyby guz okazał się złośliwy to mogą usunąć tylko prawy jajnik, a gdyby był bardzo złośliwy to mają pobrać wycinek i mnie zaszyć. Ostateczną decyzję w tym wypadku miałabym podjąć po wybudzeniu.

Małżowinek przyjechał po południu i posiedział do 20. Rano zjadłam tylko jedną kanapkę więc byłam głodna jak diabli, ale nie wolno mi było jeść przed zabiegiem. Tuż przed snem zrobiono mi lewatywę. Ostatnią miałam jak dziecko, więc było to dość emocjonujące przeżycie. Na lepszy sen dostałam pigułkę. Siostra obudziła mnie następnego dnia o 6.30 i po raz drugi przepłukano mi jelita. Potem dostałam tabletkę na uspokojenie. Zrobiłam się po niej mocno senna i jakaś taka mało przytomna. Po 9.00 zabrano mnie na salę. Ułożyłam się na stole. Siostra wkuła mi wenflon w prawą rękę. – Zaczynam podawać narkozę. Może Pani poczuć zimno – powiedziała. – Proszę zacząć liczyć, od stu w dół. Powiedziałam raz i… odpłynęłam. Obudziłam się na sali pooperacyjnej. Miałam kłopoty z oddychaniem. Zdjęłam maskę z tlenem i zwymiotowałam. Pielęgniarka w ostatniej chwili przystawiła mi „nerkę”. Niestety trochę ubrudziłam sobie włosy. Siostra wytarła mi twarz i włosy. Zasnęłam. Obudziłam się jakiś czas później. Zaczęło się robić ciemno, więc było po 15. Pojawił się prof. Roszkowski i poinformowała mnie, że guz był łagodny więc go usunęli, a reszta została na swoim miejscu. Kiedy wyszedł rozpłakałam się. Dawno nie byłam taka szczęśliwa! Bolała mnie jak cholera, nie mogłam się ruszać, ale to było nieistotne. Ważne były tylko słowa profesora. Po chwili uspokoiłam się.

Od kiedy wybudziłam się na dobre, maszyna monitorująca pracę serca, ciśnienie i oddech co chwila wariowała. Siostra krzyczała: - Oddychać! A ja nie wiedziałam o co chodzi przecież oddychałam. W końcu wytłumaczono mi, że czujniki, które miałam przyklejone na piersiami po lewej i prawej stronie oraz jeden z boku po lewej zbierają dane tylko z tego obszaru ciała, a ja oddychałam za głęboko, co powodowało że maszyna świrowała. Musiała zacząć oddychać bardzo płytko. Trochę trwało zanim się przestawiłam.

Po 18 pozwolono mi włączyć telefon. Zadzwoniłam do Małzowinka, Mamy i dwóch moich przyjaciółek oraz koleżanki z pracy. Rodzina już wiedziała, że jest O.K. bo dzwonili na oddział. Poprosiłam Mamę, żeby przywiozła mi koszulę do spania, bo piżama (a dokładnie spodnie) nie wchodziła w grę. Mama pojawiła się ok. 20. Wierzcie mi, że wspaniale jest zobaczyć kogoś bliskiego. Kiedy poszła znowu się poryczałam.

Kiedy Mama poszła postanowiłam wstać i pójść do ubikacji. Mogłam skorzystać z „basenu”, ale chciałam być bardzo dzielna i… ta dzielność wyszła mi dość kiepsko, niestety. Bolała mnie jak cholera. Ledwo mogłam zrobić kilka kroków, kiedy usiadłam na toalecie zaczęło mi się robić słabo. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Trochę przeszło. Wróciłam i usiadłam na łóżko i wtedy zaczęłam jednocześnie tracić przytomność i wymiotować. Na szczęście siostra czuwała. Zmieniono mi pościel i od razu na łóżko. Niestety każda kolejna wizyta w toalecie kończyła się zasłabnięciami, dlatego do normalnej sali przeniesiono mnie dopiero nad ranem, kiedy już sama mogłam spokojnie ustać na nogach.

Po porannym obchodzie nie dostałam śniadanie - pierwszy posiłek od prawie dwóch dni – dopiero na obiad dano mi kleik ryżowy na wodzie i cztery suchary. Dawno mi nic tak nie smakowało jak ten posiłek. Na kolację zaaplikowano mi już „normalne” jedzenie – cztery kromki bułki, masło, drobiową wędlinę. Małżowinek przyjechał zaraz po pracy. Odwiedziła mnie też Przyjaciółka i przywiozła mi – oprócz Elle Decoration – mydło. Okazało się, że ran pooperacyjnych nie można myć mydłem, które zazwyczaj używamy, bo jest ono mocno perfumowane z różnymi dodatkami, które nie sprzyjają gojeniu się ran. W tym wypadku najlepszy jest BIAŁY JELEŃ. Kto by pomyślał…

Przez wenflon podawano mi dożylnie kroplówkę z glukoza, leki przeciwbólowe i antybiotyki. W środę po południu podczas podawania już samego antybiotyku zaczęła mnie boleć diabelnie ręka. Szczypało, piekło, ale jakoś wytrzymałam. Wieczorem miałam dostać kolejną dawkę antybiotyku. Poszłam do zabiegowego. Kiedy siostra zaczęła mi wpuszczać lek zaczęłam wyć z bólu. Zrobiło mi się słabo. Pielęgniarka wyjęła wenflon. Okazało się, że zrobiło się jakieś zapalenie. Zrobiono mi okład. Ostatnią dawkę dostała o 12 w nocy już dożylnie. Nic nie bolało. Przynajmniej to…

Do domu wypuścili mnie w czwartek przed południem. Miałam kłopot z ubraniem się. Ciężko wciąga się spodnie, kiedy praktycznie nie możesz się schylać, ale jakoś poszło. W domu od razu w koszulę nocną i do łóżka. Pierwsze dni w domu były fatalne. Spałam na poddaszu, a toaleta była na dole. Wchodzenie i schodzenie po schodach było katorgą. Noga za nogą, najpierw prawa, potem lewa. Powoli, żeby nie przenieść za mocno ciężaru ciała na lewą stronę. Ta najbardziej ucierpiała. Na dodatek szwy ciągnęły jak diabli. Jeszcze gorzej było ze spaniem. Nie umiem, a właściwie to nie umiałam, spać leżąc na plecach. A tu w grę wchodziła tylko taka pozycja. Znalazłam na to sposób. Lewą nogę, zgiętą, opierałam na złożonym na kilka części kocu, prawa była wyciągnięta. Męczyłam się strasznie, ale jakoś udawało mi się zasnąć. Minia, moja ukochana koteczka, pierwszej nocy była bardzo niezadowolona bo nie pozwoliła jej pougniatać mi brzucha i umościć się na nim. Za karę zaczęła gryźć mnie w prawą rękę, a ta bolała mnie jak cholera. Popłakałam się. Mój I. zgonił ją. Obraziła się. Przez trzy kolejne dni, kiedy tylko przychodziła, żeby mnie pougniatać i zostać podrapana za uchem, była odganiana. Nie mogła również spać ułożywszy się między moimi nogami. Nie zniechęciło to Kociula. Przyłaziła, łasiła się. W końcu odkryła, że może ułożyć mi się przednią częścią ciałka na piersi, a reszta swobodnie układała się na moim prawym boku. Taka pozycja dla mnie była do przyjęcia, a Kici pozwała się do mnie przytulić. Tak więc leżałyśmy sobie obie przez kilka dni, ja głównie oglądałam filmy, czytałam i spałam, ona zaś tylko spała.

W pierwszy weekend w domu po szpitalu odwiedzili mnie Przyjaciele. Byłam przeszczęśliwa. Na dodatek przywieźli ze sobą kubełek KFC. Co prawda nie wolno mi było jeść ostrych rzeczy (dostała łagodne kawałki), ale to była wielka odmiana bo żywiłam się przez dłuższy czas głównie treściwymi zupami (rosołek), gotowanym mięskiem i kanapkami z bułeczki z drobiową wędliną. Aż zaczęło mi to bokiem wychodzić. Przez takie żarcie przy pięć dni katowałam się programami kulinarnymi z Nigellą Lawson. Przyjaciele przywieźli też szarlotkę, pycha…

Tydzień po zabiegu pojechałam na zdjęcie szwów. Trwało to dosłownie minutę. Raz, dwa, trzy i po krzyku. Poczułam głównie środek dezynfekujący, który dostał się w miejsca po niciach. Samo ściąganie nie bolało, tylko trochę swędziało.

W sumie dojście „do siebie” zajęło mi jakieś 2,5 tygodnia. Najwięcej kłopotów sprawiało mi siedzenie. Pojawił się też kłujący ból w lewym biodrze. Szybko się męczyłam. Dziś jest już O.K.

Wydarzenia ostatnich tygodni uświadomiły mi kilka oczywistych rzeczy.

Po pierwsze – trzeba badać się regularnie, przynajmniej dwa razy do roku. Kobiety powinny robić nie tylko cytologię, ale i USG. Jeżeli lekarz nie chce zlecić takiego badania – zmień lekarza, na takiego, który da Ci skierowanie. Inna opcja – wizyta prywatna.

Po drugie – nie czekaj, aż będzie lepiej. To dotyczy wszystkiego. W moim przypadku chodzi o dzieci. Zawsze coś było na przeszkodzie: pieniądze i brak pracy, wynajmowane mieszkanie, budowa domu. Dziś wiem, że każda wymówka jest dobra. A nie ma na co czekać. Im kobieta jest starsza, tym jest trudniej, a ryzyko jakiś chorób – większe. To co teraz napiszę może niektórych rozbawi, ale jedną z myśli, które nie pozwoliły mi patrzeć negatywnie w przyszłość, kiedy dowiedziałam się o guzie, były słowa mojej Mamy. Ta kiedyś spotkała się z cyganką, która przepowiedziała jej przyszłość. Jak na razie wszystko się spełnia. Kobieta wywróżyła jej wtedy, że będę miała dwójkę dzieci – bliźniaki. I ta wizja trzymała mnie „przy życiu”.

Po trzecie – każdego/każdą to może spotkać. Nagła choroba. Wiadomość, która się zwala jak grom z jasnego nieba. Myślimy sobie: „Nie to mnie nie dotyczy”. A jednak. Dlatego warto mieć poukładane życie. Chodzi mi o to, że lepiej mieć czystą kartę u wszystkich. Jeżeli jesteśmy z kimś pokłóceni – pogódźmy się. Jeżeli czego nie zrobiliśmy – zróbmy to. Jeżeli mamy jakieś zaszłość – długi, niewyjaśnione sprawy itp. – załatwmy to pozytywnie jak najszybciej. Żyjmy bez żadnych obciążeń. Bądźmy po prostu dobrymi ludźmi.

Po czwarte – nie ma co pędzić w życiu. To do niczego nie prowadzi. Co z tego, że mam dom, samochód, pracę za świetne pieniądze, jak nie mam czasu nawet na to żeby zadzwonić do rodziców czy znajomych i spytać, co u nich słychać. Na szczęście nie należę do takich ludzi, ale z tym brakiem czasu na ważne rzeczy niestety jest u mnie coś nie tak. I muszę to zmienić, szybko.

18:38, rudylisek1
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 września 2009
Koloseum rozpada się

Jeden z najsłynniejszych zabytków na świecie - rzymskie Koloseum - rozpada się na kawałki. Amfiteatr wymaga natychmiastowej renowacji. Jej koszt wstępnie obliczono na 5 mln euro.

Wyremontować należy cały zabytek, łącznie z fundamentami. Oczywiście nie ma na to pieniędzy i Włosi liczą na sponsorów, ktrórzy, jak w przypadku Kaplicy Sykstyńskiej,  zaangażuja swoje środki w to przedsięwzięcie.

07:27, rudylisek1 , Miasta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 września 2009
Książki, które wzbudzają emocje

Co prawda blog miał być poświęcony szeroko pojętym Włochom, ale nie mogę się powstrzymać, aby się tym, co we mnie siedzi, podzielić. Dawno książki nie wywołały u mnie tak silnych emocji. Czytając je to zaśmiewałam się do łez, to płakałam jak bóbr. Śmiech ludzie są w stanie jeszcze zrozumieć, ale płacz? Kto płacze w autobusie lub tramwaju i to nad książką. Ja osobiście nigdy nie widziałam nikogo. Bardzo silnie reaguje na to co czytam lub oglądam i nie potrafię, niestety, powstrzymać emocji. Co wywołało u mnie takie zachowanie? Ano:

1. "Lala" Jacka Dehnela (Wydawnictwo W.A.B.)

2. "Wspomnienia wojenne" Karoliny Lanckorońskiej (Wydawnictwo Znak).

Tytułowa "Lala" to babcia pisarza. Opowiada ona historię zarówno swojego życia, jak i najbliższej rodziny, krewnych i bliskch znajomych, a autor skrzętniej notuje te historyjki o: przedwojenny interesach dziadka, zwariowanych wójkach i ciotkach, rodzinnych tajemnicach, Niemcach i Sowietach, którzy tańczyli jak im Lala zagrała, miłości chłopów do dworu i ludzi, którzy tam mieszkali.

Ta opowieść jest rochę chaotyczna, jak chaotyczna jest babcia. Do rozpuku zaśmiewałam się, jak matka Lali chciała przywrócić ziemiańską tradycję organizowania przyjęć w dworze. Zaniechała ich z powodu kulistego pioruna, który wpadł do salonu i dopowadził do ruiny stół oraz krowy i świń, które wtragnęły do jadalni, i także sprawiły, że druga przyjęciował próba spaliła na panewce.

Ta pełna humoru powieść, przypomina nam kim jesteśmy i skąd pochodzą nasze korzenie. Mówi o tym, ile wynosimy z domu, w jaki sposób zaszczepia się w nas miłość do sztuki, literatury, dobre wychowanie. Pokazuje, jak kształtuje się charakter człowieka i zasady oraz przekonania, zgodnie z którymi potem postępujemy przez resztę naszego dorosłego życia.

Najwięcej emocji wzbudziły we mnie jednak ostatnie rodziały powieści, w których autor w pełen miłości sposób opisuje czas, kiedy jego babcia z pełenej wigoru kobiety przebraża się w zniedołężniałą staruszkę, siusiającą pod siebie, przekorną, złośliwą, z zanikami pamięci. Dehnel pokazuje nam okrutną rzeczywistość, która każdego z nas kiedyś czeka, a którą jest starość.


Profesor Lanckorońska w  książce "Wspomnienia wojenne" spisała swoje dramatyczne losy z okresu II Wojny Światowej. Pięcioletni koszmar zaczyna się z chwilą wejścia Sowietów w 1939 r. do Lwowa, a kończy w kwietniu 1945 r., kiedy to zostaje uwolniona z obozu koncentracyjnego w Ravensbrück.
To czego doświadczyła i co przeżyła jest dla mnie niewyobrażalne. Ile siły wewnętrznej i hartu ducha trzeba mieć, żeby nie tylko przeżyć, ale i walczyć o godność, polskość i życie ludzkie godzina po godzinie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu nie zważając przy tym na swoje własne dobro i życie.

Czytając wspomnienia coraz bardziej byłam pełna podziwu dla tej kobiety, która z niewyobrażalnym wręcz uporem realizowała cele, jakie sobie postawiła ratując innych i pomagając im przetrwać te straszne czasy. Jestem zafascynowana jej umiejątnością radzenia sobie w nawet najbardziej ekstremalnych wypadkach i zimną krwią jaką potrafiła zachować wtedy, kiedy inni już dawno by się poddali.

Jej bezrokmpomisowa postawa w obliczy ZŁA rzuca wręcz na kolana. Kiedy zaczęłam się zastanawiać, jak ja bym się zachowała na jej miejscu, nie potrafiłam sobie odpowiedzić na to pytania. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Nigdy nie miałam do czynienia z rozszalałym Sowietem; nigdy nie musiałam walczyć o węgiel na zimę, bez którego nie dałoby się przetwać; nigdy nie stałam przed sadystycznym oficerem niemieckim, szefem obozu, który zabił tysiące moich Rodaków; nigdy nie byłam w obozie koncentracyjnym; nigdy...

Mam tylko cichą nadzieję, że zasady jakie wpoili mi rodzice, babcia i harcerstwo pozwoliłyby mi zachować się podobnie, gdybym znalazł się na Jej miejscu.

Akurat czytając tę książkę i notorycznie zalewając się łzami, spotkało mnie coś miłego. Jadąc do pracy czytałam fragment o obozie w Stanisławowie. Zaczęłam płakać. Koło mnie siedział starszy Pan. Kiedy zobaczył, że po moich policzkach spływają łzy zaczął głaskać mnie po ramieniu. "Dziecko, co się stało? Wszystko w porządku?" - zapytał zatroskany.

"Tak, wszystko jest dobrze. Te łzy to dlatego, że czytam książkę" - opowiedziałam.

"A mogę wiedzić jaką?" - zapytał. Pokazałam mu okładkę. Dobrotliwie się uśmiechnął.

"Rozumiem" - powiedział. "Ja też to przeżyłem. Proszę czytać dalej .Już nie będę Pani przeszkadzał. To bardzo ważne żeby poznać historię tamtych dni i o nich pamiętać" - dodał.
Znowu wsadziłam nos w książkę. Starał się już jednak powstrzymać łzy, co nie było takie łatwe.

Gorąca polecam obie książki. W zalewie tandetnych powieści (sama z resztą sięgam po taką "literaturę") to perełki, po które warto sięgnąć. A wrażliwi niech przygotują sobie pudełko chusteczek :)

14:46, rudylisek1 , Piórem
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 września 2009
Zimowe przetwory

Szaleństwo zimowych przetworów trwa. W weekend kuchnię opanowały pomidory, jeżyny i śliwki. Z pomidorów zrobiłam sos i całe w zalewie.


SOS POMIDOROWY

Świeże, dojrzałe pomidory kroję na ćwiartki i wrzucam do dużego garnka (wchodzi mi tam 3,5 - 4 kg pomidorów). Smażę dodawszy wcześniej oliwy z oliwek (na duży gar daję 6 łyżek), aż prawie się rozpadną. W połowie smażenia dorzucam pokrojoną cebulę (4 duże lub 6 małych) oraz czosnek (daję 5-6 dużych ząbków, bo bardzo go lubimy). Kiedy cebula zmięknie, a pomidory będą mocno rozgotowane dodaję sól, pieprz i świeże listki bazylii (garść sporą, bo bazylkę też bardzo lubimy). Gotuję jeszcze 5 minut i zdejmuję z ognia. Wszystko miksuję na miazgę blenderem. Nastepnie jeszcze raz zagotowuję i wlewam sos do słoików. Świetnie nadaje się do makaronu, jako podstawa do innych sosów, robię też w zimie z niego gęstą zupę.

CAŁE POMIDORY W ZALEWIE

Potrzebujemy:
3 kg niedużych pomidorów, najlepiej owalnych, ale jak nie ma to nic się nie stanie
1,5 litra wody
1 łyżkę cukru
3 łyżeczki soli
kilka listków bazylii
2-3 gałązki świeżego estragonu
1 łyżeczkę ziaren pieprzu

Pomidory sparzamy i obieramy ze skórki. Umieszczamy w słoikach. Przygotowujemy zalewę. Wodę należy zagotować z cukrem. Następnie dodajemy sól, przyprawy i ponownie zagotowujemy. Gorącym płynem zalewamy pomidory, zamykamy słoiki. Wekujemy.


 


13:58, rudylisek1 , Kuchnia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 września 2009
Genua otoczona ogniem

Włoscy strażacy już kolejny dzień z rzędu walczą z pożarami, które pierścieniem otoczyły niemal całą Genuę. Ewakuowano osoby mieszkające w dzielnicach Bavari i Borgoratti, gdzie las płonął w odległości zaledwie kilku metrów od domów.

Sytuacja w Genui i na jej przedmieściach jest krytyczna - piszą włoskie media. A może jeszcze się pogorszyć, ponieważ silny wiatr i suche powietrze sprzyjają rozprzestrzenianiu się ognia.  Niektórzy mieszkańcy nie czekając na ewakuację sami w pośpiechu opuszczają Genuę.

Źródło: PAP

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17