Blog > Komentarze do wpisu
Szpitalne opowieści...

Długo mnie nie było. Musiałam sobie poradzić z poważnym problemem. Mój fioł związany z regularnym robieniem wszelkiego rodzaju badań kontrolnych oraz konsultowaniem z innymi specjalistami decyzji niektórych lekarzy okazał się zbawienny. Zaczęło się wszystko w zeszłym roku. Pisałam wtedy, że znaleziono u mnie mięśniaka. We wrześniu udałam się na kontrolę do ginekologa. Raz, że miałam zalecenie ze szpitala. Dwa – od jakiegoś czasu znowu pojawiły się sine bóle podbrzusza. Mój lekarz stwierdziła, że nie ma sensu wykonywać USG, bo mięśniak był niewielki, a bóle to normalne u kobiet.

Wkurzyłam się i zapisałam na wizytę do mojej koleżanki jeszcze z czasów harcerstwa. Ona skierowała mnie na badania. Udałam się do szpitala na Karowej do tzw. Kliniki Jednego Dnia. Zrobiono mi m.in. USG i lekarka znalazła w prawym jajniku guza litego. Ta informacja zwaliła mnie prawie z nóg. Na szczęście spotkałam się z N., a ta wyjaśniła mi, że są różne rodzaje guzów i dopóki nie będę miała badania histopatologicznego wycinka to nie ma się co martwić. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Na szczęście był wolny termin i zapisano mnie na laparoskopię. Przez dwa tygodnie chodziłam jak struta. Przez cały czas powtarzałam sobie, że wszystko będzie dobrze. Gdybym miała dzieci, pewnie bym się tak nie przejmowała. Ale nie mam…

W przychodni wyjaśniono mi pokrótce co to jest laparoskopia, szkoda że nie powiedziano mi jak się do niej przygotować. Niestety...

16 listopada rano Małżowinek zawiózł mnie do szpitala. Na przyjęcie czekałam z pół godziny. Po wypełnieniu karty przyjęć odesłałam M. do domu. Przebrałam się w szatni i zaprowadzono mnie na oddział. Trafiłam na mikrochirurgię. Na „dzień dobry” zobaczyłam mojego starego znajomego (też z czasów harcerskich). Pogadaliśmy chwilę. Tak, jak N. też jest ginekologiem i pracuje na Karowej. Miło w takiej sytuacji zobaczyć kogoś znajomego. Od razu cieplej się robi na duszy. W ciągu następnych kilku godzin zrobiono mi jeszcze raz USG, wywiad lekarski. Spotkałam się też z anestezjologiem i z prof. Roszkowskim, który mnie operował. To spotkanie najbardziej przeżyłam. Musiałam podpisać papierek, niby nic - zwykły podpis, ale… Musiałam wyrazić zgodę na operację oraz na ewentualne usunięcie prawego jajnika (to ta lepsza wersja) lub na usunięcie wszystkiego (to ta gorsza). Zimno mi się zrobiło. Ostatecznie zdecydowała, że gdyby guz okazał się złośliwy to mogą usunąć tylko prawy jajnik, a gdyby był bardzo złośliwy to mają pobrać wycinek i mnie zaszyć. Ostateczną decyzję w tym wypadku miałabym podjąć po wybudzeniu.

Małżowinek przyjechał po południu i posiedział do 20. Rano zjadłam tylko jedną kanapkę więc byłam głodna jak diabli, ale nie wolno mi było jeść przed zabiegiem. Tuż przed snem zrobiono mi lewatywę. Ostatnią miałam jak dziecko, więc było to dość emocjonujące przeżycie. Na lepszy sen dostałam pigułkę. Siostra obudziła mnie następnego dnia o 6.30 i po raz drugi przepłukano mi jelita. Potem dostałam tabletkę na uspokojenie. Zrobiłam się po niej mocno senna i jakaś taka mało przytomna. Po 9.00 zabrano mnie na salę. Ułożyłam się na stole. Siostra wkuła mi wenflon w prawą rękę. – Zaczynam podawać narkozę. Może Pani poczuć zimno – powiedziała. – Proszę zacząć liczyć, od stu w dół. Powiedziałam raz i… odpłynęłam. Obudziłam się na sali pooperacyjnej. Miałam kłopoty z oddychaniem. Zdjęłam maskę z tlenem i zwymiotowałam. Pielęgniarka w ostatniej chwili przystawiła mi „nerkę”. Niestety trochę ubrudziłam sobie włosy. Siostra wytarła mi twarz i włosy. Zasnęłam. Obudziłam się jakiś czas później. Zaczęło się robić ciemno, więc było po 15. Pojawił się prof. Roszkowski i poinformowała mnie, że guz był łagodny więc go usunęli, a reszta została na swoim miejscu. Kiedy wyszedł rozpłakałam się. Dawno nie byłam taka szczęśliwa! Bolała mnie jak cholera, nie mogłam się ruszać, ale to było nieistotne. Ważne były tylko słowa profesora. Po chwili uspokoiłam się.

Od kiedy wybudziłam się na dobre, maszyna monitorująca pracę serca, ciśnienie i oddech co chwila wariowała. Siostra krzyczała: - Oddychać! A ja nie wiedziałam o co chodzi przecież oddychałam. W końcu wytłumaczono mi, że czujniki, które miałam przyklejone na piersiami po lewej i prawej stronie oraz jeden z boku po lewej zbierają dane tylko z tego obszaru ciała, a ja oddychałam za głęboko, co powodowało że maszyna świrowała. Musiała zacząć oddychać bardzo płytko. Trochę trwało zanim się przestawiłam.

Po 18 pozwolono mi włączyć telefon. Zadzwoniłam do Małzowinka, Mamy i dwóch moich przyjaciółek oraz koleżanki z pracy. Rodzina już wiedziała, że jest O.K. bo dzwonili na oddział. Poprosiłam Mamę, żeby przywiozła mi koszulę do spania, bo piżama (a dokładnie spodnie) nie wchodziła w grę. Mama pojawiła się ok. 20. Wierzcie mi, że wspaniale jest zobaczyć kogoś bliskiego. Kiedy poszła znowu się poryczałam.

Kiedy Mama poszła postanowiłam wstać i pójść do ubikacji. Mogłam skorzystać z „basenu”, ale chciałam być bardzo dzielna i… ta dzielność wyszła mi dość kiepsko, niestety. Bolała mnie jak cholera. Ledwo mogłam zrobić kilka kroków, kiedy usiadłam na toalecie zaczęło mi się robić słabo. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Trochę przeszło. Wróciłam i usiadłam na łóżko i wtedy zaczęłam jednocześnie tracić przytomność i wymiotować. Na szczęście siostra czuwała. Zmieniono mi pościel i od razu na łóżko. Niestety każda kolejna wizyta w toalecie kończyła się zasłabnięciami, dlatego do normalnej sali przeniesiono mnie dopiero nad ranem, kiedy już sama mogłam spokojnie ustać na nogach.

Po porannym obchodzie nie dostałam śniadanie - pierwszy posiłek od prawie dwóch dni – dopiero na obiad dano mi kleik ryżowy na wodzie i cztery suchary. Dawno mi nic tak nie smakowało jak ten posiłek. Na kolację zaaplikowano mi już „normalne” jedzenie – cztery kromki bułki, masło, drobiową wędlinę. Małżowinek przyjechał zaraz po pracy. Odwiedziła mnie też Przyjaciółka i przywiozła mi – oprócz Elle Decoration – mydło. Okazało się, że ran pooperacyjnych nie można myć mydłem, które zazwyczaj używamy, bo jest ono mocno perfumowane z różnymi dodatkami, które nie sprzyjają gojeniu się ran. W tym wypadku najlepszy jest BIAŁY JELEŃ. Kto by pomyślał…

Przez wenflon podawano mi dożylnie kroplówkę z glukoza, leki przeciwbólowe i antybiotyki. W środę po południu podczas podawania już samego antybiotyku zaczęła mnie boleć diabelnie ręka. Szczypało, piekło, ale jakoś wytrzymałam. Wieczorem miałam dostać kolejną dawkę antybiotyku. Poszłam do zabiegowego. Kiedy siostra zaczęła mi wpuszczać lek zaczęłam wyć z bólu. Zrobiło mi się słabo. Pielęgniarka wyjęła wenflon. Okazało się, że zrobiło się jakieś zapalenie. Zrobiono mi okład. Ostatnią dawkę dostała o 12 w nocy już dożylnie. Nic nie bolało. Przynajmniej to…

Do domu wypuścili mnie w czwartek przed południem. Miałam kłopot z ubraniem się. Ciężko wciąga się spodnie, kiedy praktycznie nie możesz się schylać, ale jakoś poszło. W domu od razu w koszulę nocną i do łóżka. Pierwsze dni w domu były fatalne. Spałam na poddaszu, a toaleta była na dole. Wchodzenie i schodzenie po schodach było katorgą. Noga za nogą, najpierw prawa, potem lewa. Powoli, żeby nie przenieść za mocno ciężaru ciała na lewą stronę. Ta najbardziej ucierpiała. Na dodatek szwy ciągnęły jak diabli. Jeszcze gorzej było ze spaniem. Nie umiem, a właściwie to nie umiałam, spać leżąc na plecach. A tu w grę wchodziła tylko taka pozycja. Znalazłam na to sposób. Lewą nogę, zgiętą, opierałam na złożonym na kilka części kocu, prawa była wyciągnięta. Męczyłam się strasznie, ale jakoś udawało mi się zasnąć. Minia, moja ukochana koteczka, pierwszej nocy była bardzo niezadowolona bo nie pozwoliła jej pougniatać mi brzucha i umościć się na nim. Za karę zaczęła gryźć mnie w prawą rękę, a ta bolała mnie jak cholera. Popłakałam się. Mój I. zgonił ją. Obraziła się. Przez trzy kolejne dni, kiedy tylko przychodziła, żeby mnie pougniatać i zostać podrapana za uchem, była odganiana. Nie mogła również spać ułożywszy się między moimi nogami. Nie zniechęciło to Kociula. Przyłaziła, łasiła się. W końcu odkryła, że może ułożyć mi się przednią częścią ciałka na piersi, a reszta swobodnie układała się na moim prawym boku. Taka pozycja dla mnie była do przyjęcia, a Kici pozwała się do mnie przytulić. Tak więc leżałyśmy sobie obie przez kilka dni, ja głównie oglądałam filmy, czytałam i spałam, ona zaś tylko spała.

W pierwszy weekend w domu po szpitalu odwiedzili mnie Przyjaciele. Byłam przeszczęśliwa. Na dodatek przywieźli ze sobą kubełek KFC. Co prawda nie wolno mi było jeść ostrych rzeczy (dostała łagodne kawałki), ale to była wielka odmiana bo żywiłam się przez dłuższy czas głównie treściwymi zupami (rosołek), gotowanym mięskiem i kanapkami z bułeczki z drobiową wędliną. Aż zaczęło mi to bokiem wychodzić. Przez takie żarcie przy pięć dni katowałam się programami kulinarnymi z Nigellą Lawson. Przyjaciele przywieźli też szarlotkę, pycha…

Tydzień po zabiegu pojechałam na zdjęcie szwów. Trwało to dosłownie minutę. Raz, dwa, trzy i po krzyku. Poczułam głównie środek dezynfekujący, który dostał się w miejsca po niciach. Samo ściąganie nie bolało, tylko trochę swędziało.

W sumie dojście „do siebie” zajęło mi jakieś 2,5 tygodnia. Najwięcej kłopotów sprawiało mi siedzenie. Pojawił się też kłujący ból w lewym biodrze. Szybko się męczyłam. Dziś jest już O.K.

Wydarzenia ostatnich tygodni uświadomiły mi kilka oczywistych rzeczy.

Po pierwsze – trzeba badać się regularnie, przynajmniej dwa razy do roku. Kobiety powinny robić nie tylko cytologię, ale i USG. Jeżeli lekarz nie chce zlecić takiego badania – zmień lekarza, na takiego, który da Ci skierowanie. Inna opcja – wizyta prywatna.

Po drugie – nie czekaj, aż będzie lepiej. To dotyczy wszystkiego. W moim przypadku chodzi o dzieci. Zawsze coś było na przeszkodzie: pieniądze i brak pracy, wynajmowane mieszkanie, budowa domu. Dziś wiem, że każda wymówka jest dobra. A nie ma na co czekać. Im kobieta jest starsza, tym jest trudniej, a ryzyko jakiś chorób – większe. To co teraz napiszę może niektórych rozbawi, ale jedną z myśli, które nie pozwoliły mi patrzeć negatywnie w przyszłość, kiedy dowiedziałam się o guzie, były słowa mojej Mamy. Ta kiedyś spotkała się z cyganką, która przepowiedziała jej przyszłość. Jak na razie wszystko się spełnia. Kobieta wywróżyła jej wtedy, że będę miała dwójkę dzieci – bliźniaki. I ta wizja trzymała mnie „przy życiu”.

Po trzecie – każdego/każdą to może spotkać. Nagła choroba. Wiadomość, która się zwala jak grom z jasnego nieba. Myślimy sobie: „Nie to mnie nie dotyczy”. A jednak. Dlatego warto mieć poukładane życie. Chodzi mi o to, że lepiej mieć czystą kartę u wszystkich. Jeżeli jesteśmy z kimś pokłóceni – pogódźmy się. Jeżeli czego nie zrobiliśmy – zróbmy to. Jeżeli mamy jakieś zaszłość – długi, niewyjaśnione sprawy itp. – załatwmy to pozytywnie jak najszybciej. Żyjmy bez żadnych obciążeń. Bądźmy po prostu dobrymi ludźmi.

Po czwarte – nie ma co pędzić w życiu. To do niczego nie prowadzi. Co z tego, że mam dom, samochód, pracę za świetne pieniądze, jak nie mam czasu nawet na to żeby zadzwonić do rodziców czy znajomych i spytać, co u nich słychać. Na szczęście nie należę do takich ludzi, ale z tym brakiem czasu na ważne rzeczy niestety jest u mnie coś nie tak. I muszę to zmienić, szybko.

wtorek, 08 grudnia 2009, rudylisek1

Polecane wpisy

  • Książki, które wzbudzają emocje

    Co prawda blog miał być poświęcony szeroko pojętym Włochom, ale nie mogę się powstrzymać, aby się tym, co we mnie siedzi, podzielić. Dawno książki nie wywołały

  • Zimowe przetwory

    Szaleństwo zimowych przetworów trwa. W weekend kuchnię opanowały pomidory, jeżyny i śliwki. Z pomidorów zrobiłam sos i całe w zalewie. SOS POMIDOROWY Świeże, do

  • Genua otoczona ogniem

    Włoscy strażacy już kolejny dzień z rzędu walczą z pożarami, które pierścieniem otoczyły niemal całą Genuę. Ewakuowano osoby mieszkające w dzielnicach Bavari